tlo_01 tlo_02 tlo_03

logo lmk

postacie lmk

STREFA GOŚCIA

Jubileusz 90 - lecia istnienia Liceum im. M. Konopnickiej

Wspomnienie Senatora Andrzeja Persona o LMK

Pani dyrektor Krystyna Sobczak wydała polecenie i nie pozostawiła złudzeń - trzeba napisać pracę domową pt." Wspomnienia ze szkoły". Koniec. Kropka. Wszystkie? No, nie. To, które? każdy z nas, mógłbym przywołać setki anegdot i niezwykłych zdarzeń, jakie były naszym udziałem przez te szkolne lata przy Bechiego. Nieważne czy działo się to pięć czy pięćdziesiąt lat temu. Akurat moje edukowanie zakończyło się przed 40 laty. W pamiętnym 1968 roku zdawaliśmy maturę.. Ale opowiem o wydarzeniu zaledwie sprzed roku.. W ramach senackiej opieki nad Polonią wraz z delegacją kierowaną przez Marszałka Senatu Bogdana Borusewicza spotykałem się z Polakami w Brazylii. W Kurytybie mocno starszy mężczyzna, gdy dowiedział się od Marszałka, że pochodzę z Włocławka, podszedł i spytał: - Ja mieszkałem na Łęgskiej, a pan gdzie?. - Ja też. Okazało się, że byliśmy sąsiadami. Tyle, że w różnych epokach. - Chodziłem do Długosza, matura w 1937. Niestety nie byłem po wojnie w Polsce. A pan, do jakiej szkoły chodził? - Do LMK. -???. Zdziwił się, więc wyjaśniłem: - no obok, nad Wisłą, do Degenowej.. - Z babami?! Przecież tam były same dziewczyny! Wytłumaczyłem, że od lat pięćdziesiątych także chłopaki są uczniami naszej szkoły.. Siedzieliśmy prawie do rana. Chłonął każde słowo o Włocławku, o Wiśle, o Łęgskiej.. A ja dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak ważną rolę w mojej edukacji odegrały znakomite profesorki, w większości, te "od Degenowej". Także dzisiaj, jak to się elegancko nazywa, grono pedagogiczne jest mocno sfeminizowane, ale wtedy, kobiety miały ogromną przewagę. Niestety nie pamiętam osobiście liceum i gimnazjum żeńskiego. Jednak przez całe lata, szkoła żeńska była przedmiotem wspomnień i westchnień wielu profesorek. - Jak nie było chłopców, to była nadzwyczajna szkoła. O chłopcach miały zdanie dużo gorsze. Psuli urządzenia badawcze, niszczyli gabinety i pracownie. Mimo to chyba jednak nas trochę lubiły.. Bo to one: Janina Biron, Klara Cetner, Jadwiga Berkan, panie Szpotańska, Wycichowska i wiele, wiele innych traktowały swoją pracę jak powołanie. Przychodziły rano i wracały na noc do domu. Legendarny już Włodzimierz Gniazdowski, jak samotny biały żagiel uzupełniał damską flotyllę. Janina Biron, odznaczona przez prezydenta Francji de Gaulle'a, była prawdziwą bohaterką, ucząc francuskiego w Warszawie na tajnych okupacyjnych kompletach. Każda z nich to wielka osobowość. Nadzwyczajne postacie, chociaż wiadomo, jaki stosunek do wymagających mają uczniowie. Dziś wiem, że ich wielkie zasługi to odwaga i genialne manewrowanie prawdą o Polsce, o świecie, o historii, prawdziwej i wspaniałej kulturze. A przecież czasy były wyjątkowo ponure i edukacja "nieco" różniła się od dzisiejszej. Nasze profesorki, odporne na naciski i oficjalne, brutalne fałszowanie historii opowiadały o Katyniu i oflagu w Woldenbergu, gdzie wiele lat spędził Włodzimierz Gniazdowski nawet tam realizując swoje wizje artystyczne poprzez teatr. Odwaga i pasja tamtych profesorów pozwala mi dzisiaj, tak samo jak nasz 90-letni krajan z Kurytyby, wspominać z dumą swoją szkołę i tamte lata. I pewnie będzie tak zawsze. Za to wszystko chciałbym Wam podziękować.

Andrzej Person

Senator RP

Dyrektor jubilatki zaprasza do szkoły

Pozwolą Państwo, że powitam Was słowami Ludwika Kondratowicza, które, mam nadzieję, wprowadzą wszystkich w atmosferę jubileuszowego zjazdu, wspomnień, refleksji: Gdzie wy, jasne dni moje, moje szkolne czasy, kiedy serce dziecinne z wiarą i otuchą, do grona towarzyszy i do murów klasy przylgnęło, przyrosło na głucho. Choć trudno w to uwierzyć, Drodzy Państwo, III Liceum im. Marii Konopnickiej skończyło 90 lat. Metrykalnie zatem nasza Szkoła to leciwa staruszka, ale jak na swój dostojny wiek, trzyma się naprawdę świetnie. Mam zaszczyt od wielu lat służyć temu wyjątkowemu Liceum jako dyrektor , a tym samym - pełnić obowiązki gospodarza kolejnych, następujących co 5 lat, zjazdów. Za każdym razem z wielką przyjemnością patrzę na dom wypełniony zacnymi i przyjaznymi gośćmi. Dziś jest podobnie. Raz jeszcze witam wszystkich ciepło, serdecznie i zapraszam na wielkie święto wspomnień. Jako gospodarz spotkania mam wyjątkową moc – oto zatrzymuję wskazówki zegara na parę godzin, a nawet – cofam je o kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat! Powróćcie dziś do najpiękniejszego okresu Waszego życia, obudźcie w zakamarkach duszy obrazy sprzed lat, miejcie znów fartuchy z tarczą na rękawie i dreszcz emocji przed trudną klasówką. Dotknijcie poręczy schodów, spójrzcie przez szkolne okno, by obraz sprzed lat wypełnił Was i dał znać przyspieszonym biciem serca, że czar cofnięcia czasu zadziałał. A wówczas w eleganckiej Zofii, urzędniczce skarbowej ubranej w szary kostium, znowu zobaczycie piegowatą Zosię z długimi warkoczykami. Dystyngowany kardiolog okaże się zwariowanym Jaśkiem, który w latach licealnych więcej czasu spędzał na zgłębianiu tajników gry na gitarze niż poznawaniu układu oddechowego żaby. Jestem przekonana, że dzisiejszy dzień będzie świętem wspomnień – przywoływania w pamięci kolegów, koleżanek, profesorów, ale także świętem wzruszeń. Powrót do szkoły to bowiem powrót do tego, co w pamięci ocalało jako obraz najpiękniejszych lat życia. Ze szczególnym sentymentem myśleć dziś będziemy wszyscy o tych, którzy odeszli. Sądzę, że choć fizycznie nie ma ich wśród nas, pozytywna aura ciepła, miłości i serca, jakie włożyli w budowanie dobrego imienia LMK jest tu dziś wyraźnie wyczuwalna.
Krystyna Sobczak
Dyrektor Szkoły

Jak zapisała się Szkoła w pamięci posła Łukasza Zbonikowskiego?

jeden z piękniejszych okresów życia. Wtedy wchodzimy w dorosłość, a dowodem tego staje się świadectwo dojrzałości, pierwszy i chyba najważniejszy egzamin dodatkowo poprzedzony pierwszym prawdziwym balem. Cztery lata spędzone w Liceum im. Marii Konopnickiej dobrze przygotowały mnie do dalszego życia, nie tylko wyposażając w wiedzę, ale również wpajając ważne wartości. Kiedy zaczynałem naukę w LMK, szkoła obchodziła hucznie swoje 75-te urodziny. Dziś "stuknęła" jej już dziewięćdziesiątka. Jednak pomimo upływu lat wiele rzeczy się nie zmienia. LMK to niezmiennie prestiżowa szkoła, uważana za najlepszą w mieście. W zabytkowym gmachu tradycja łączy się z nowoczesnością. Świetna kadra nauczycielska tworzy warunki dla rozwoju młodzieży, a świadectwem sukcesów jest długa lista laureatów konkursów i olimpiad. Szczególną uwagę zwraca duży nacisk na współpracę międzynarodową, tak ważną we współczesnej Europie. Podczas nauki wiele wspaniałych rzeczy przysłaniają sprawy bieżące (klasówki, pytanka). Jednak po latach wspomina się tylko sytuacje sympatyczne i zabawne, których w tej szkole nie brakuje. Na stronie internetowej szkoły widnieje dopisek: "To jest szkoła, którą się pamięta po latach". To prawda. LMK również w mojej pamięci pozostanie na zawsze jako wspaniała szkoła, w której spędziłem 4 uczniowskie lata i wciąż chętnie do niej wracam.
Łukasz Zbonikowski
Absolwent LMK 1997
Poseł na Sejm RP

I've had the time of my life

Wybrałem LMK, bo za tą szkoła szła legenda, że uczą się w niej najfajniejsze dziewczyny w mieście. Chciałem zweryfikować te opowieści i ...nie zawiodłem się:). Nas było czterech w klasie, a ich trzydzieści. Konkurencja żadna. Już sam egzamin wstępny był nie lada przeżyciem - ale to jedyny moment, kiedy wyróżniałem się pozytywnymi ocenami. Potem walczyłem o przeżycie na biologii u p. Kozłowskiej (dziś Michalskiej nomen omen) i na chemii u p. Zbonikowskiej (poselskiej mamy). Kochałem za to historię i .. się w historyczce (ech pani Stasiak). Byłem w klasie z rozszerzonym programem języka angielskiego, a pani Antczak tak bardzo go rozszerzała, że nawet godziny wychowawcze prowadziła po angielsku. Była to jedyna klasa w mieście z siedmioma godzinami by english tygodniowo. Mieliśmy pierwszego w szkole nativ speakera - młodą amerykańską studentkę Dolores, która na wycieczce w Karpaczu poznała w pełnym wymiarze polską gościnność. Całe wakacje czekałem na te wrześniowe wypady w góry z klasą. I nie tylko z powodów rozrywkowych. Z przyczyn moralnych nie o wszystkim mogę opowiedzieć, przecież opublikowane jest to w oficjalnej gazetce szkolnej Ja w ogóle lubiłem atmosferę szkoły. Nawet klasówki, czy odpytywanie były mobilizujące. Zawsze lubiłem czytać, ale nigdy to, czego akurat wymagała pani Daroszewska (szacunek). Dopiero na studiach wróciłem do Dostojewskiego czy Bułhakowa. Na "polaku" siedziałem w ostatniej ławce i najczęściej czytałem gazety lub uczyłem się historii. W latach 90-tych wszystko szybko się zmieniało, a my "łykaliśmy" nowości łapczywie i często bezkrytycznie. Mnie najbardziej wciągała muzyka, więc pierwsze koncerty Dżemu czy Hey przeżyłem w czasach licealnych. Kopiowaliśmy płyty na potęgę, wtedy zaczynało się kompaktowe szaleństwo, a o Internecie uczono w szkole z książek. Im dłużej żyję, tym pewnie bardziej idealizuję tamte czasy, ale jedno jest pewne - moje dzieci (jeśli tylko będę je miał), będą uczyć się w LMK.
Marcin Michalski

LMK słowem malowane

Kiedy myślę "moja szkoła" widzę malowniczy, porośnięty bukami drugi brzeg Wisły, widzę twarze nauczycieli, kolegów i koleżanek, szkolne mundurki z tarczami i białe kołnierzyki. Kiedy myślę "moja szkoła" siadam w szkolnej ławce, blisko okna, za które często spoglądam wsłuchując się w magiczne wykłady o literaturze i kulturze dawnych epok "Gawryśki" czyli pani profesor Ewy Gawrysiak. Wiem, że nie wszystkie koleżanki podzielają mój entuzjazm dla lekcji języka polskiego, ale ja "odpływam" ilekroć ta drobna, mówiąca cichym, łagodnym głosem istota, zaczyna snuć swoje opowieści. Kiedy myślę "moja szkoła" stoję przyklejona ze strachu do ściany na trzecim piętrze przed klasą do chemii. Wszystkie tak stoimy i zastanawiamy się kogo dziś będzie "badać" swoim przenikliwym wzrokiem pani profesor Zięba, kto dziś zblamuje się niewiedzą na temat .. i kto nie rozwiąże zadania.. tak przecież prostego. Kiedy myślę "moja szkoła" siedzę w auli, cieszę się, że nie ma lekcji, bo zaciągnęli nas tutaj z powodu jakiejś akademii "na cześć". Akademia mnie nie interesuje ale chłopak z 4 d tak. Siedzi teraz obok mnie i nie wie, że ja wciąż się na niego gapię. Kiedy myślę "moja szkoła" jadę z całą klasą autobusem, który wiezie nas na jesienne prace społeczne; wykopki albo sadzenie lasu. Nie pamiętam dokładnie co ale podobało mi się; praca na powietrzu, zapach jesiennego lasu, chłód powietrza, przyjemny dotyk wilgotnej ziemi. K i e d y m y ś l ę "moja szkoła" jestem w sali gimnastycznej, siedzę przed stołem komisji egzaminacyjnej i robię to, co lubię :piszę pracę z polskiego tylko tym razem jest to praca maturalna : "Jak niedaleko z Nagłowic do Czarnolasu .. a jednak jak daleko". Kiedy myślę "moja szkoła" słyszę głos, który brzmi mocno i stanowczo w pełnej napięcia ciszy w trakcie fascynujących lekcji historii pani profesor Szpotańskiej. Głos, który uczy mnie historii ale i życia, głos, który upomina się o dyscyplinę myślową o precyzję słowa, głos, w którym nie zawsze mogła brzmieć prawda ale, w którym nigdy nie było kłamstwa. Kiedy myślę "moja szkoła", chodzę po szkolnym korytarzu i zastanawiam się dlaczego czas tak smętnie się wlecze, ja chyba nigdy nie będę dorosła, nigdy nie wyleczę się z młodości. Kiedy myślę "moja szkoła" stoję w damskiej ubikacji, zamknięta z trzema innymi koleżankami, palę wstrętne carmeny, ale za to w świetnym towarzystwie. Kiedy myślę "moja szkoła", rozmawiam po angielsku i zastanawiam się dlaczego mogę robić to tylko w klasie, czy kiedykolwiek zobaczę Londyn, usłyszę wokół siebie nie całkiem już dla mnie obcy język. Kiedy myślę "moja szkoła" patrzę na stojące wśród koleżanek i kolegów moje dzieci, które tę szkołę wybrały, uśmiecham się, kiedy córka z entuzjazmem opowiada o przebiegu niezwykłej lekcji języka polskiego u Gawi czyli pani profesor Gawrysiak, kiedy syn skarży się, że Stypcia czyli pani profesor Stypińska znowu "walnęła" trzydzieści zadań. Kiedy myślę "moja szkoła" ..
Magda Kwiatkowska

Całe życie w Konopnickiej

Moja przygoda z LMK zaczęła się w 1986 roku i w zasadzie nigdy się nie skończyła. Byłem tu uczniem, praktykantem, a obecnie jestem nauczycielem. Kiedy sięgam pamięcią do dnia, w którym przekroczyłem próg szkoły przy Bechiego 1 po raz pierwszy, widzę aulę, wypełnioną po brzegi młodymi ludźmi, szczęśliwymi, że się tu dostali, ale trochę zagubionymi a może i przestraszonymi. W każdym razie oprócz książek niosłem ze sobą, i sądzę, że nie ja jeden, dużo nadziei, że cztery lata w Konopnickiej będą wspaniałą przygodą… I były! Ciepły głos pani Dyrektor Wawrzyniak i troska, jaką otoczyła nas wychowawczyni – pani Daroszewska sprawiły, że niepokój i obawa ustąpiły miejsca radości i szczęściu. Również wtedy, w niełatwych czasach, w szkole bardzo wiele się działo. Po pierwsze mieliśmy zaszczyt być uczniami prawdziwych mistrzów. Z obawy, by kogoś nie pominąć, nie wymienię nazwisk, ale zdecydowana większość ówczesnego grona nauczycielskiego to prawdziwi entuzjaści. Potrafili zarazić nas swoją pasją. Na lekcjach, w zależności od zainteresowań, chłonęliśmy wiedzę, a na przerwach zawiązywały się szkolne przyjaźnie, które zresztą trwają do dziś. Działały liczne koła, zimą zbiegaliśmy do piwnicy na szklankę gorącego mleka, wiosną przygotowywaliśmy kabaret, a latem jeździliśmy na wycieczki. Niezapomniane historie! Podobnie jak to ma miejsce dzisiaj, odliczaliśmy dni do studniówki, baliśmy się matury i nawet mając wiedzę, nieśmiało liczyliśmy na łut szczęścia. Egzaminy były nieporównywalnie trudniejsze. Prace z polskiego czy z historii miały charakter przekrojowy. Wystarczyło popełnić 3 błędy ortograficzne, żeby nie zdać matury .. Moje uczniowskie czasy w LMK wspominam z nostalgią, ale i z wdzięcznością za ludzi, których spotkałem, za warunki, w jakich kształtowała się moja młodość, za radość, którą przynosił każdy dzień, za wiedzę, którą mi przekazywano i za sposób, w jaki to robiono. Gdy jako praktykant, a przede wszystkim młody nauczyciel, stanąłem przed klasą, czułem, że spełnia się moje marzenie. Dawni nauczyciele, którzy w większości jeszcze pracowali, dyrekcja Szkoły i pracownicy przyjęli mnie bardzo serdecznie. I nie tylko mnie, bo po studiach do Alma Mater powrócili również inni absolwenci, których znałem i pamiętałem ze swoich szkolnych czasów. Stojąc z drugiej, bezpieczniejszej strony nauczycielskiego biurka, z nostalgią patrzyłem na moje dawne, zajęte już miejsce. Sytuacja się zmieniła, ale nie szkoła, nie atmosfera. Czuję się częścią Konopnickiej, podobnie jak wtedy, gdy przychodziłem tu po wiedzę. Każdy początek roku szkolnego to okazja, aby powrócić myślami do tego pierwszego, jedynego… Czas odlicza ten sam dźwięk dzwonka. Jestem świadkiem, jak kolejne pokolenia przynoszą tu swoje nadzieje, rozwijają swoje pasje, odkrywają talenty, jak tworzą kolejne strony historii Szkoły, jak zdobywają świat… Dziwne poczucie, że jednocześnie tak wiele i tak niewiele się zmieniło..
Driusz Łoboda
Matura 1990.
Nauczyciel języka francuskiego i hiszpańskiego w LMK

Z nutką przekory i sentymentu

Do LMK trafiłam właściwie przez przekorę - nie chciałam iść do szkoły, w której uczyła się moja starsza siostra, czyli do LZK. Nigdy swojej decyzji nie żałowałam, choć chodziłam do klasy z rozszerzonym j.angielskim i codziennie mieliśmy po 7 lekcji, co daje 42 godziny w tygodniu ( w soboty też się uczyło). Z wielkim sentymentem wspominam moją wychowawczynię i nauczycielkę j. angielskiego p. Teresę Kuleszę., ś.p.p. Ewę Florcza k – nauczycielkę j.rosyjskiego, p. Ludwikę Wasilewicz – wspaniałą nauczycielkę matematyki i nieodżałowaną p. Nanetę Rożko – polonistkę. Odkąd pamiętam, bardzo chciałam uczyć się j angielskiego. Idąc do LMK znałam jedynie kilka zwrotów w tym języku, zasłyszanych w piosenkach m. in. ABBY. Dzięki p. Kuleszy naprawdę pokochałam j.angielski. Język rosyjski natomiast lubiłam, sam wchodził mi do głowy. Pod opieką p. Florczak brałam nawet udział w olimpiadzie j. rosyjskiego. Matematyki zaś,którą obecnie wykładam, w szkole podstawowej bałam się, jak ognia. Pani była surowa i wymagająca. Jednak dzięki Niej udało mi się zaistnieć na pierwszych lekcjach w liceum, a potem kunszt p. Wasilewicz, sprawił, że potrafiłam zrozumieć naprawdę zawiłe zagadnienia. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że nie taki diabeł straszny... Przystępując do tzw. prac domowych, najpierw odrabiałam "pańszczyznę", a potem było coś "na otarcie łez" – matematyka. Dziś cenię panią Wasilewicz przede wszystkim za wiedzę, ale imponuje mi również jej wspaniałe poczucie humoru i niezwykła pogoda ducha. Panią Rożko wspominam natomiast jako zawsze elegancką, uśmiechniętą kobietę, życzliwą nawet dla tych, którzy plotą androny, bo nie mają wyczucia poetyckiego. U Niej lektur się nie "przerabiało" lecz odkrywało ich wagę i istotę.
DorotaTomczak

dziennik elektroniczny

aktualnosci LMK

galerie lmk

Wydarzenia

Czerwiec 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30

Najbliższe wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń!

 

srebrne liceum
 
bip
 
biblioteka
Biblioteka

 

Hymn szkoły

pl pl pl