old_lmk

logo lmk

lmk 100 lat

ZAPRASZAMY NA OBCHODY 100 LECIA SZKOŁY 2-3 CZERWCA 2018

Praca konkursowa - Pani Justyny Musiał

 

Szczęśliwe wspomnienie jest może na ziemi prawdziwsze od samego szczęścia

                                                         Alfred de Musset

W poszukiwaniu utraconego czasu…

W mglisty, jesienny poranek aleją wysadzaną kasztanami snuje się cień włoskiego pułkownika, który kiedyś poświęcił życie  dla Polski,  teraz czuwa nad zmierzającymi na lekcje podopiecznymi Konopnickiej. Z zaciekawieniem przysłuchuje się dziewczynie powtarzającej na głos słówka w jego ojczystym języku. To, że uczniowie na tej trasie mówią sami do siebie, już go nie dziwi, ale niesamowite uczucie przeszywa jego serce, gdy po latach znowu słyszy znajomą melodię słów.………………………………………………………………………………………………………………………….                                                                                                                        Zofia Degen-Ślósarska niedbale zdejmuje kapelusz. Do gabinetu wpada chłopak w wytartych dżinsach i słuchawkach na uszach, ani pani dyrektor,                     ani uczeń nie wydają się być zdziwieni tym spotkaniem.………………………….                            Starszy pan profesor w surducie, z monoklem w oku pełniący akurat dyżur na korytarzu, z zainteresowaniem przygląda się ekranowi smartfona chłopaka młodszego o jakieś … (zresztą,  czy to teraz ważne o ile?)

        Nie mogę oderwać wzroku od  stroju pani  Zofii, czas wiruje, a ja siedząc na parapecie myślę, że szkoda, że nie urodziłam się wcześniej, bo w takim kapeluszu byłoby mi do twarzy. Porzucam tę absurdalną myśl i wchodzę piętro wyżej, ręka prześlizguje się  po drewnianej poręczy (tyle dotyków się już na niej spotkało…) Idę długim korytarzem, zaglądam do jednej z sal - zaczęła się lekcja, sorka  w okularach wyświetla slajdy na ekranie komputera,  prowadzi wykład, słychać skrzypienie piór, które niespodziewanie zagłusza huk  tłukącego się  kałamarza, atrament  rozbryzguje się po podłodze.………………………………………………………………………                                                                                                                                                                    Idę dalej. Mija mnie chłopak z plecakiem przerzuconym przez ramię i przypiętym do koszuli identyfikatorem. Towarzyszy mu roześmiana dziewczyna w szkolnym mundurku, z tarczą na rękawie i z włosami zaplecionymi  w warkocze. Kojarzę ją z jakiegoś czarno-białego zdjęcia z kroniki szkolnej.………………………….. …………Kolejne kroki. Staję przed tak dobrze znaną mi salą od francuskiego. Drzwi  są zamknięte, naciskam klamkę, nie pukam, w końcu jestem jakby u siebie. Przekraczam próg, mój wzrok nieprzypadkowo pada na dziewczynę w drugiej ławce, powoli choć nerwowo podnosi ona oczy znad książki. Na chwilę nasze spojrzenia się spotykają. Czas się zatrzymuje.

Od dnia gdy odebrałam świadectwo maturalne  minęło kilkanaście lat. A ja wciąż powracam myślami do tamtych chwil… Wiem, że to co wspominamy, nigdy tak naprawdę się nie wydarzyło, że nasza przeszłość zawsze osnuta jest mgłą czasu (czaru?), który czyni ją  niezwykłą. Skłonność do nostalgii, idealizacji tego, co było jest faktem i myślę czasami, że owy sentyment, który mam do LMK  jest pewną naiwnością, ale z drugiej strony, żadnego innego miejsca ani czasu w moim życiu nie wspominam w ten sposób, ani wcześniejszego,  ani późniejszego. ..

                             Dziś kolejny raz daję się porwać huraganowi wspomnień i tęsknoty za światem, który przeminął…

Powoli opada mgła spowijająca szary gmach, za chwilę korytarz na nowo wypełni się  setkami uczniów, ciszę  przerwie mieszanina głosów. Przedrę się przez ten tłum, z bijącym z niepokoju sercem spróbuję odnaleźć czyjąś twarz.                                           Uczucia, które zdawać by się mogło, dawno już się wypaliły, rozżarzą się znowu przypominając, że pewne historie się nie kończą, że pewnych osób się nie zapomina. Wspomnienia, które miał  skutecznie zatrzeć czas, odżyją, powodując drżenie rąk, czyjeś oczy zaszklą się raz jeszcze, komuś zabraknie słów…

Powrócę do LMK  choćby na tę krótką chwilę, gdy piszę te słowa. Tak bardzo chcę ponownie przejść znanym korytarzem, uśmiechnąć się do przechodzącej nim osoby, ze strachem wejść do klasy, poczekać na odpływ smutnych myśli, usiąść w ławce, napisać test, zauroczyć się chwilą, wykrzyczeć złość i zamilknąć z zachwytu, wrócić do chwil, gdy tak wiele przerażało, ale wszystko było możliwe.                                                                                                                                  Dziś  ze wzruszeniem spoglądam na siebie sprzed lat.

LMK było i jest dla mnie miejscem, w którym wszystko się zaczęło. Cokolwiek spotkało mnie później, tam miało swój początek.………………………………                                                                                  Kiedy zastanawiam się czym było dla mnie III LO, nie znajduję jednego zdania, by to opisać. Słowo LMK  niczym Proustowska magdalenka wywołuje we mnie falę wspomnień. Przed oczami przesuwają mi się obrazy: posępny gmach nad Wisłą, czerwony korytarz na pierwszym piętrze, obraz Maryśki w gabinecie pani dyrektor (dlaczego ja tam właściwie trafiłam?), tajemniczy strych, na który wstęp był zakazany,  taras na którym rozpoczął się mój pierwszy rok szkolny. LMK to dziwny uśmiech wychowawcy oddającego pierwsze niezapowiedziane kartkówki, panorama Wisły  rozciągająca się z jednego z okien, moje odbicie w lustrze, w szkolnej toalecie, malującej rzęsy, by… (mniejsza z tym po co).………………………………………..                                                                                                      LMK:  zalewa mnie kaskada dźwięków: melodia wydobywająca  się ze starego szkolnego pianina (na którym nigdy nie zagrałam),  pierwsze słowo wypowiedziane po francusku, odgłos uderzenia piłki na szkolnym boisku, skrzypienie drewnianych  schodów,  dzwonek, który ogłasza, że coś się kończy, a może dopiero zaczyna…                                                                                                                                      LMK to powiew ciepłego jesiennego wiatru, który wpadł przez okno do               sali 306, to zimna ściana o którą opieram się, pisząc maturę na korytarzu drugiego piętra, to parapet –ulubione miejsce spotkań towarzyskich na przerwach, prawie tak samo jak  szerokie  schody prowadzące w dół do ponurej sali PO.…………… ……...                                                                                                                   LMK to ten dzień, kiedy o siódmej z minutami  idę wzdłuż bulwarów i patrzę, jak słońce wznosi się nad horyzontem; jest pięknie, a ja czuję się oczarowana i przepływa mi  przez głowę myśl, że tę właśnie chwilę zapamiętam na zawsze.…………..                                                                                                              

             LMK to opowieść  o pewnym miejscu, pewnym czasie i pewnych ludziach, których losy niespodziewanie splatają się.…………………………………………...                                                                                     LMK to moja historia:  to  ja – dziewczyna, która potrafiła zgubić się na prostym korytarzu, która zakochała się we francuskim od pierwszego słowa (choć miłość ta do  łatwych nie należała),  to  ja  - zmieniająca na pierwszym piętrze tenisówki z białymi sznurowadłami na zdecydowanie mniej odpowiednie do szkoły szpilki, to ja - czytająca pośpiesznie streszczenie Potopu na dziesięciominutowej przerwie, bo mimo miłości do książek, całość mnie przerosła (streszczenie jak się okazało też), to ja - licząca klepki w podłodze na nudnej lekcji, to ja - pisząca z transie  czwartą stronę analizy  wiersza dekadenckiego, bo co jak co, ale na cierpieniu to ja się znałam…, to ja,  jak wiele pokoleń przede mną i wiele po mnie, rysuję  jak strumień światła złamuje się przechodząc przez soczewkę,  to ja - myśląca na matematyce… nie o matematyce…, to ja kserująca  w punkcie na Placu Wolności nieprzyzwoitą liczbę stron, które naiwnie mam nadzieję ogarnąć przez noc, to ja - milcząca wraz z dwiema przyjaciółkami  na bulwarach (jak dobrze, że czasem nie trzeba było nic mówić, a ktoś i tak cię rozumiał, a przynajmniej robił takie wrażenie).………………...                                                                LMK to taki Czas, gdy  miało się osiemnaście lat i nie chadzało się w życiu na kompromisy, gdy wszystko było albo białe albo czarne, czas gdy brało się na poważnie słowa bez znaczenia i ich nie wybaczało. …………………....                                                                  LMK to zbiorowa histeria przed lekcją historii i wybuch entuzjazmu z powodu odwołanej kartkówki z fizyki, to zarwana noc i szary dzień, to sekret powierzony najlepszej przyjaciółce w szatni, chwila zwątpienia w siebie i w świat,                                     i ulotne mgnienie triumfu.…………………………………………………………….                                                                                                                        LMK to Spotkanie, to historia pewnego zauroczenia i rozczarowania, opowieść o przyjaźni,  miłości, o poznawaniu świata, o poszukiwaniu własnej drogi, o mistrzu i jego uczniu, o chłopaku o zmierzwionych włosach i dziewczynie w plisowanej spódniczce, opowieść o mnie i o Tobie – skoro czytasz te słowa.…………………..                                               LMK to baśń o przeczytanych wierszach i nierozwiązanych zadaniach, o skrytych marzeniach, o pani profesor, która czyta kolejne wypracowanie (tym razem o Wokulskim nieprzytomnie zakochanym w Izabeli) i panu profesorze w okularach, który wciąż wierzy w swych uczniów, nawet jeśli oni już/ jeszcze  nie wierzą w siebie.

           LMK to opowieść o niedokończonej rozmowie, o spotkaniu i rozstaniu, o ulewie we wrześniowe popołudnie i bulwarach zalanych słońcem, o uczniu, którego wkurzył nauczyciel i uczennicy, która zamiast na lekcję, w ramach protestu  poszła na wagary.

           LMK- to tam wbijałam do głowy całe listy zasad i reguł, z których dziś pamiętam bardzo niewiele (a właściwie głównie wyjątki).  Ale to tam tez nauczyłam się czegoś, co pamiętam i w co głęboko wierzę do dziś, a mianowicie, że:

zanim zacznę wymagać od innych, najpierw muszę wymagać od siebie,

że mogę nie wiedzieć, ale nie mogę nie myśleć,

że słowa mają moc,

i  że wszystko dzieje się po coś,

że jedna osoba może zmienić nasze życie,

i że warto żyć dla chwil, które się wspomina,  bo to one nadają urok i sens całej reszcie nijakich dni.

           LMK to ja - patrząca z kolorowych fotografii, to moje pismo w zeszycie, który pomimo upływu tylu lat, wciąż uparcie stoi na półce, bo coś nie pozwala go wyrzucić, to ja - błądząca dziś w labiryncie wspomnień.

           LMK to osoby, o których myślę zawsze z szacunkiem, wdzięcznością i olbrzymią sympatią: to Pani Profesor Bogna Pawłowska, błyskotliwa przewodniczka po świecie słów, zawiłych myśli i uczuć,  z którą lekcja  polskiego trwa zawsze niestety TYLKO (nigdy aż) 45 minut. Pani Profesor – nauczyciel niezwykle zaangażowany, obdarzony prawdziwym talentem, profesjonalny i z wielką klasą.

           LMK to Monsieur le Professeur, przed którym chylę dziś czoło.                                           Pan Profesor Dariusz Łoboda - charyzmatyczny  i ujmujący virtuose de la parole. Wspomnienie lekcji wciąż budzi lawinę ekstremalnych emocji … i brakuje nagle słów, by to opisać …, a patrząc dziś na siebie i miejsce w którym się znajduję, zastanawiam się przede wszystkim: kim stałabym się gdybym Cię nie spotkała – mój Mistrzu?

          LMK - 100 lat - tysiące uczniów, nauczycieli, chwil zwyczajnych i niezwykłych,  niezliczona ilość zapisanych kartek, wypowiedzianych słów i myśli nigdy nieujawnionych,  momenty śmiechu i  łez spływających skrycie,  spojrzeń  prosto w oczy i tych ukradkowych.

100 lat – nieskończona ilość odpowiedzi na pytania te przyziemnie i te egzystencjalne.

100 lat -  lecz rachunek cały czas się nie zgadza, bo  znacznie więcej pytań niż odpowiedzi na nie…

LMK skrywa tajemnice, jest niczym palimpsest, na którym kolejne pokolenia zapisują swoje historie. Mury  III LO  zachowują w pamięci wszystkie opowieści, nieustannie szepczą o minionych czasach.  Wiem, że kiedy przytulę się do zimnej ściany na pierwszym piętrze,  usłyszę  tysiące  splątanych ze sobą głosów, echo kroków osób, których spojrzenia nigdy się nie spotkały, ale które przemierzyły ten sam korytarz, chociaż dzieliły  je czasem dziesiątki lat. Na tym właśnie korytarzu,                w  tym zgiełku, pomimo upływu czasu rozpoznam zawsze dźwięk  własnych kroków, usłyszę opowieść o mnie, baśń o dziewczynie, która ….

Wiem, że te mury mnie pamiętają, znają moją historię i jej nie zapomną,  wiem to, bo mam bardzo silne poczucie bycia częścią  LMK - świata który narodził się wiek temu.

           LMK to historia, która zatacza wciąż koło, to scena, aktorzy co chwila inni (choć role ich jakby podobne), wspomnienia każdego z nas tez inne (choć coś jakby przypominają…).   Ale nie… to niemożliwe… Przecież nic dwa razy się nie zdarza…  i  ponoć jesteśmy  tak różni…, a każdy  z nas ma swą własną opowieść…

Pewnego dnia, za sto lat lub więcej  powiew wiatru znowu wpadnie przez otwarte okno, ktoś usiądzie w ławce, przy tej samej co kiedyś ja ścianie i zacznie rozwiązywać może nawet to samo zadanie…

Pewnego dnia  na korytarzu  na pierwszym piętrze pojawi się  dziewczyna podobna do mnie, oprze się o tę samą ścianę, spojrzy przez to samo, co kiedyś ja, okno i  zachwyci tym samym widokiem nadwiślańskich bulwarów. Promienie słońca oświetlą jej twarz, a ona poczuje się nagle bardzo szczęśliwa w tych starych murach  i pomyśli,  że tę właśnie chwilę zapamięta na zawsze…

Pewnego dnia czas zawiruje. Już po dzwonku wpadnę do  jednej z sal (spóźniona, ale tym razem przynajmniej regulaminowo - w tenisówkach).                      Pani dyrektor Zofia spojrzy wymownie, pan profesor uśmiechnie się tajemniczo,                     a chłopak w dziwnym stroju, młodszy ode mnie o jakieś pięćdziesiąt a może sto lat, da znać, że obok niego jest jeszcze wolne miejsce.  

I nikt z nas: ani pani dyrektor, ani pan profesor, ani ja, ani chłopak,                      ani nawet Ty, naprawdę nikt nie będzie zdziwiony tym Spotkaniem…

pl pl pl